Filed under: antykapitalizm | Tagi: anarchizm, antykapitalizm, neoliberalizm, prawa pracowników, samorządność, związki zawodowe
Środowiska pracy to zazwyczaj specyficzne miejsca, poddane konkretnym regulacjom, które przynajmniej w teorii powinny być spełniane przez pracowników oraz pracodawce. Praktyka pokazuje jednak, ze o ile obowiązki pracowników pozostają rzeczą święta, o tyle obowiązki pracodawców są już mniej ważne. Doprowadza to często do dziwacznych sytuacji, w których przykładowo pracodawca nie ponosi odpowiedzialności za nie wypłacanie wynagrodzeń, zmuszając pracowników do pracy za darmo, gdy jednocześnie (ujmując rzecz analogicznie) pracownik, który nie pojawi się w pracy zostaje dyscyplinarnie zwolniony.
Represyjny rynek pracy bierze się z tego, że w neoliberalnej gospodarce prawo pracy najczęściej sprzyja bowiem dwom grupom: pracodawcom, co nie dziwi biorąc pod uwagę, że to właśnie osoby z kapitałem wpływają na procesy legislacyjne i decyzje polityków oraz władzom, chcącym czerpać profity z pracy innych za pomocą podatków i innych płatności. Warto tu podkreślić, ze naturalnym efektem takiego stanu rzeczy jest fakt, ze politycy bez wsparcia biznesu nie maja większych szans na karierę na wyższych szczeblach władzy, zaś firmy bez wsparcia polityków, nie mogą liczyć na forsowanie korzystnych dla nich ustaw. W tym właśnie miejscu stosunki miedzy władza a biznesem staja się korupcyjne, co zaś jest rezultatem kapitalizmu, faworyzującym te dwie grupy. Konsekwencje takiego konstruowania rynku pracy większość z nas odczuwa codziennie.
Stosunki z pracodawcą
Imając się przeróżnych prac i zajęć nie sposób nie zauważyć zjawiska uległości przed pracodawcą i momentami wręcz panicznego lęku przed utratą pracy, co najczęściej skutkuje jeszcze większa uległością wobec szefów. W zasadzie nie jest to nic dziwnego, pokorności wobec autorytarnych postaw uczy się już od najmłodszych lat, tak wiec wchodząc na rynek pracy ludzie są przekonani, ze hierarchizacja oraz dominacja małych grup szefostwa na masami pracowników jest czymś naturalnym. Tym sposobem w miejscach pracy, gdzie spędzają większość swojego życia, staja się służalczymi odbiorcami poleceń tych stojących wyżej w hierarchii, wypełniając ich wole i nie rzadko będąc poddanym ciągłemu stresowi. Myślę, że nie przesadzę jeśli stwierdzę, że zdecydowana większość członków klasy pracującej spotkała się z rożnymi formami nacisku lub nawet zastraszania utrata pracy, mających wymusić na nich konkretne postawy takie jak posłuszeństwo, pełna dyspozycyjność i gotowość do wypełniania wszelkich poleceń. Bez zająknięcia, bez narzekania na niewielkie wynagrodzenie czy opóźnioną wypłatę. Bez urlopu na żądanie czy zachodzenia w ciążę.
W zamian pracownicy otrzymują niskie place, niekorzystne umowy. brak stabilności, upokorzenia, szczegółowe kontrole i szereg innych niedogodności. Ich los leży w rekach pracodawców, którzy dysponują ich czasem wedle własnego uznania. Mimo tego rynek pielęgnuje mit o tym, ze zatrudnienie danej osoby jest niemalże aktem łaskawości i dobroci pracodawcy. W neoliberalnej retoryce nie wspomina się już o tym ile pracodawca uzyskuje dzięki pracy tych, których zatrudnia. W ogólnym przekonaniu taki stan rzeczy wydaje się czymś normalnym i pozornie wydaje się to być uczciwym układem. Ktoś ma firmę i zatrudnia kogoś do pracy w jego firmie na dobrych warunkach. Funkcjonuje tu fałszywe przekonanie, że obie strony mogą być sprzymierzeńcami, gdy już na samym starcie rola pracownika sprowadza się do realizowania interesów swojego “chlebodawcy”, często wbrew własnym poglądom i zwiększania jego bogactwa. Zatem teoria o wspaniałości pracy najemnej została już wielokrotnie obalona nie tylko przez ruch robotniczy, ale także przez sama praktykę. Tak jak w każdej innej dziedzinie życia, tak i w tej, dominacja przełożonych doprowadza do wyzysku, nadużyć i w najgorszych wypadkach do patologii (np. mobbing, molestowanie) zatrudnianych osób. Mity o równości, przyzwoitym wynagrodzeniu, wolnym rynku są wiec jedynie propaganda liberałów, nie mająca przełożenia na rzeczywistość. Obecny porządek gospodarczy sprowadza się do realizowania interesów biznesu na barkach tych, którzy ciężko pracują. O interesy pracowników nie dba tak naprawdę nikt, nawet oni sami, zawierzając porządkowi opartemu na hierarchizacji lub nieskutecznym instytucjom państwowym.
Przykładem może być obecny kryzys, który pozbawił złudzeń wielu pracowników na całym świecie na temat ich roli w firmach, dla których pracowali. Przekonani o stabilności swoich posad i karmieni kapitalistyczna propaganda, ze wszystko jest w porządku, nie spodziewali się masowych zwolnień i redukcji pensji w wyniku kryzysu, którego nie wywołali. Nie spodziewali się tego, ze pracodawcy dla których pracowali po wiele lat (“budowali wspólną firmę!”) zwolnią ich bez sentymentu lub zastąpią tańszymi robotnikami. Zwłaszcza, ze jak pokazują informacje dobiegające ze świata ekonomii wynagrodzenia rad nadzorczych i pracodawców wcale nie zostały zmniejszone. Mówiąc wprost, większość pracodawców przeniosła koszta kryzysu na pracowników, kierując się myśleniem stricte kapitalistycznym, ze nie ludzie są najważniejsi, ale zysk. I dokładnie na tym opiera się cały stosunek z pracodawcą, kryjący się za takimi sprawdzonymi “sztuczkami” takimi jak firmowe przyjęcia, darmowe lunche czy gratisowe wyjazdy. Nie ma tutaj miejsca na współczucie czy etykę, jeśli nie ma zysku.
Bez solidarności
Z drugiej strony mamy współczesną klasę pracującą bez mocnych struktur związkowych, nastawiona na konformizm i konsumpcje. Wielkim sukcesem kapitalizmu jest rozbicie solidarności pracowniczej i przekształcenie pracowników w indywidualne jednostki, dbające jedynie o swój los i o swoje stanowisko, nie dostrzegające nawet potrzeby tworzenia solidarności miedzy pracownikami, aby zabezpieczyć także i swoje własne interesy. Indywidualizm obecnego runku pracy doprowadził do tego, ze pracownicy zamiast współpracować, konkurują ze sobą o posady czy uznanie szefa. Konkurencja zaś, jak to często bywa, z czasem przybiera coraz gorsze formy, w konsekwencji czego ludzie w tych samych miejscach pracy staja się dla siebie wrogami, zamiast być sprzymierzeńcami wobec wyzysku pracodawców.
To zaś skutkuje zupełnym osłabieniem możliwości walki o swoje prawa czy kreowania nowych, sprawiedliwszych rozwiązań – np. samorządności. Stad tez mimo olbrzymich fal protestów przeciwko masowym zwolnieniom i przenoszeniu kosztów kryzysu na pracowników nadal nie ma żadnych znaczących skutków. I przy braku trwałych struktur ideologicznych takiego skutku tez być nie może. Gdy biznes, a wraz z nim kapitaliści, mają się dobrze, obdarzając się wzajemnie kolejnymi premiami, pracownicy ciągle nie dostrzegają potrzeby radykalnych zmian, kierując się tylko i wyłącznie zindywidualizowanym myśleniem. Mimo tego jak ich potraktowano lub jak się ich nadal traktuje nie szukają egalitarnych rozwiązań, które miałyby wyprzeć z ich żyć poczucie niesprawiedliwości czy upokorzenia. Naiwnie liczą na to, że nowy szef to nowa szansa na to by było lepiej, ze nowa praca to nadzieja na dobra przyszłość, że nowy rząd to lepsze prawo.
Uspołecznić myśl pracowniczą
Przyszłość wymaga czegoś znacznie więcej aniżeli tylko kolejnego etatu. Anarchiści od dawna nawołują do uspołecznienia zakładów pracy, ale biorąc pod uwagę współczesną mentalnosc klasy pracującej, najpierw należy uspołecznić sposób jej myślenia. Należy przejść z indywidualnej czy wręcz egoistycznej retoryki na kolektywną, nastawioną na rozwój nie tylko każdego członka, ale także i wspólnoty. Znak równości pomiędzy dobrem innych a dobrem własnym jest tym kierunkiem, w którym należy podążać. Edukacja wydaje się wiec tu kluczowym elementem na każdej płaszczyźnie, gdyż obecne tworzenie ekonomii bądź szerzej polityki bazuje na negatywnych zjawiskach takich jak chciwość, korupcja czy konsumpcjonizm. Klasa pracująca nasiąknięta tymi zagadnieniami nigdy nie będzie w stanie się zjednoczyć ani stawić oporu komukolwiek. Pracownicy będą wyzyskiwani przez kolejne pokolenia i przesuwani na margines społeczny, wypędzani z centrum miast czy prześladowani za jakiekolwiek próby organizowania się w swoich zakładach. Nie potrzeba kolejnych reform i obietnic rządzących, ale radykalnego przewartościowania idei, na gruncie czego tworzone byłyby etyczne i samorządne zakłady pracy. Zakłady powstające w wyniku działań samych ludzi, a nie finansowych liderów czy jakiejkolwiek innej formy władzy.
Oderwanie się od neoliberalnej retoryki i zastąpienie niej egalitarna organizacja pracy jest wręcz niezbędne. Nie można ciągle reformować tego co jest zbudowane na złych podstawach. W przeciwnym razie zawsze będziemy tymi, których się wykorzystuje, obarcza kosztami i na końcu zwalnia gdy nie są już potrzebni lub żądają za dużo. I jeśli nie zadbamy o to wcześniej, ten twór runie w końcu na nasze głowy.
Filed under: anarchizm, antykapitalizm, prawa zwierzat | Tagi: alf, anarchia, anarchizm, animal liberation front, antykapitalizm, ekologia, front wyzwolenia zwierząt, kapitalizm, korporacje, prawa zwierzat, weganizm, wegetarianizm, wiwisekcja, zwierzęta
Dzięki setkom dowodów każdy człowiek może zapoznać się z tym jak wygląda sytuacja zwierząt w obecnym systemie polityczno-ekonomicznym. Bez trudu można zobaczyć na własne oczy jak zwierzęta cierpią i jak są okrutnie traktowane w rzeźniach, na farmach bądź laboratoriach; że są ofiarami przemysłu i patologii obecnej w w wielu branżach, czerpiących profity z ich śmierci i bezbronności. Po zapoznaniu się z tymi materiałami można dojść do wyłącznie jednego wniosku, a mianowicie tego, iż elementy brutalności nie są pojedynczymi przypadkami, a standardem, wręcz normalnością, na której opiera się produkcja mięsa, mleka, jajek, odzieży lub kosmetyków.
Weg(eteri)anizm i aktywizm
Na szczęście pomimo ogromnej skali powyższych zjawisk istnieje wiele osób wrażliwych na los zwierząt i nie pozostających w tej kwestii biernym. Część ludzi rezygnuje z produktów pochodzenia zwierzęcego, zostając wegetarianami lub weganami, inni idą dalej zostając aktywistami prozwierzęcymi. Angażują się więc w obronę praw zwierząt nie tylko w zaciszu własnych domów lub podczas zakupów, ale także na ulicach, uczelniach, podczas protestów i wykładów i przede wszystkim ryzykując własną wolność podczas akcji bezpośrednich, mających za cel uwalnianie więzionych zwierząt. Tworzy się więc duże, międzynarodowe kampanie promujące wegetarianizm, zbiera się dowody bestialstwa, bojkotuje się firmy, lobbuje się projekty ustaw, zdobywa się poparcie celebrytów. Istnieje rzesza większych i mniejszych, legalnych i nielegalnych inicjatyw, walczących z okrucieństwem wobec zwierząt. Wszystko to wskazuje na wielki potencjał oraz kreatywność aktywistów. Niemniej mimo funkcjonowania tak znanych organizacji jak PETA czy radykalnych odłamów ruchu na rzecz zwierząt takich jak Animal Liberation Front – zwierzęta nadal cierpią, chów przemysłowy się rozwija, środowisko naturalne jest niszczone przez producentów produktów pochodzenia zwierzęcego. Mimo tego, że ALF uwolnił setki norek, psów, kotów, małp, mimo tego, że inne organizacje doprowadziły do zamknięcia niektórych firm i aresztowania ich pracowników, eksploatacja zwierząt nadal ma się dobrze. I nic nie wskazuje na rychły ratunek dla wszystkich istot, przetrzymywanych i mordowanych w tragicznych warunkach.
Potrzeba upolitycznienia ruchu prozwierzęcego
Analizując temat można postawić hipotezę, że sytuacja ta wynika z braku szerszego pojmowania spraw zwierząt, braku głębokiej analizy polityczno-ekonomicznej, która przedstawiłaby powody takiego stanu rzeczy. Właśnie przez to można odnieść wrażenie, że większość organizacji i aktywistów pozostaje skupiona na poszczególnych miejscach, firmach, osobach, zaangażowanych w łamanie praw zwierząt, a ci, którzy upolitycznili się “po drodze” nadal pozostają mniejszością. Oczywiście zwalczanie lokalnych zbrodniarzy jest jak najbardziej zasadne i sensowne. Rzecz polega jednak na tym, że nawet jeśli zamknąć jedną farmę, na jej miejscu pojawi się inna, jeszcze bardziej uprzywilejowana i chroniona przez polityków. To przecież właśnie lobbiści firm odpowiedzialnych za okrucieństwo zwierząt przeforsowali prawa dające możliwość traktowania członków ALFu (który prowadzi działania non-violence) jako terrorystów. Dla polityków i kapitalistów liczą się bowiem czynniki ekonomiczne, a te znają jedynie matematykę, a nie etykę.
Problemem nie jest zatem jedna farma, ale system, który wspiera tysiące takich farm. Problemem nie jest jedno laboratorium, ale wiwisekcja ratyfikowana przez rządy. Problemem nie jest brak ustaw, ale fakt, że prawo pisane jest na korzyść korporacji. Problemem jest pogoń za zyskiem za wszelką cenę, problemem jest egoizm i konformizm wszczepiane od najmłodszych lat, problemem jest masowość produkcji. To wszystko składa się na kapitalizm.
Toteż po dekadach bojkotów i promowania diet wegetariańskich czy wegańskich, odpowiedzią na rzeź zwierząt powinno być upolitycznienie ruchu prozwierzęcego, aktywna walka z kapitalizmem i jego spuścizną. Mowa tu rzecz jasna o radykalizacji, a nie reformach czy poprawkach do ustaw. Chodzi o skierowanie się na tor samorządności, która funkcjonuje na zasadach wolności i etyki. I tu pojawia się anarchizm, który pozostaje tą doktryną, która pozwala ludziom swobodnie wpływać na rzeczywistość, w której przyszło im żyć. W praktyce oznacza to większą kontrolę nad formą ekonomii i społeczeństwa, a to zaś umożliwia etyczne traktowanie zwierząt czy stopniową eliminację produktów zwierzęcych w zależności od decyzji lokalnych społeczeństw. W anarchizmie nie ma bowiem władzy, która rości sobie prawo do rządzenia bytami innych, mówiącej nam kogo mamy jeść, na kim eksperymentować lub z kogo zdzierać futro. Jest za to możliwość formowania takiej rzeczywistości, która nie sprowadza krzywdy na innych ludzi lub inne istoty. Rzeczywistość zależy więc od nas samych. Szczególnie, że anarchizm jako taki stawia na pierwszym miejscu moralność i odpowiedzialność, a współczesna myśl rewolucyjna uważa kwestię zwierząt za jedną z kluczowych. W przeciwieństwie do retoryki neoliberałów odrzucających ideologię, a skupiających się jedynie na mechanizmach rynkowych.
Nie stanowiąc żadnej siły politycznej, a jedynie organizując się w stowarzyszeniach pozarządowych i wolontariackich ruch na rzecz zwierząt skazuje się na porażkę. Aby pomóc zwierzętom należy bowiem zniszczyć system, który je eksploatuje, a potem zbudować samorządne społeczeństwa, funkcjonujące na zasadzie równości i etyki. Należy zbudować polityczną alternatywę, w której zwierzęta będą definiowane jako istoty mające prawo do wolności, a nie będące trzodą, mającą zadowolić konformistyczne nawyki ludzi.
Filed under: antykapitalizm, ekonomia | Tagi: ekonomia, globalizacja, gospodarka, kapitalizm, kryzys, stiglitz
Książka Josepha E. Stiglitza Szalone lata dziewięćdziesiąte to pouczająca lektura na temat ekonomii amerykańskiej, która jak powszechnie wiadomo wywiera ogromny wpływ na gospodarki pozostałych krajów. Biorąc pod uwagę fakt, że autor tej książki to były wice-prezes Banku Światowego oraz szef zespołu ekonomistów doradzających Billowi Clintonowi za czasów jego prezydentury, wydawać by się mogło, że lektura stanowić będzie propagandową pochwałę wolnego rynku. Wszak warto tu przypomnieć, że Stiglitz to także autor świetnej Globalizacji, przedstawiającej prawdziwe oblicze tego procesu. I także tutaj autor zdobywa się na niespotykaną uczciwość, analizując w przystępny sposób mechanizmy rządzące amerykańską ekonomią oraz jej wpływem na resztę świata, tłumacząc przy tym sztuczki stosowane przez przedstawicieli Wall Street, bankierów bądź managerów korporacji.
W książce znajdziemy więc dziesiątki przykładów nieuczciwości, które charakteryzowały działania takich firm jak Enron i World-Com czy skandalizującej zachłanności symbolizującej elity finansowe (np. Richard Grasso). Dowiemy się o tym jak wielkie premie wypłacają sobie managerowie wysokich szczebli oraz jak oszukuje się klientów firm finansowo-inwestycyjnych przy jednoczesnej bierności bądź korupcji urzędników państwowych, mających sprawować kontrolę instytucji finansowych. Przede wszystkim jednak, (być może nie dosłownie) książka ta stanowi swego rodzaju krytykę amerykańskiego modelu kapitalizmu, który charakteryzuje się niezmierzoną chciwością elit z Wall Street w samych Stanach Zjednoczonych (tworzących bańki, które zmieniają się w olbrzymie kryzysy). Dodatkowo model ten narzucany jest za pomocą globalizacji krajom rozwijającym się. Paradoks owego procesu polega na tym, że finansiści takich organizacji jak Bank Światowy czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy (zdominowane przez kapitał amerykański) wymuszają na innych krajach rygorystyczne przestrzeganie zasad, których sami nie przestrzegają. Znamiennym przykładem jest tu układ NAFTA, który pod przykrywką wyświechtanych haseł o równości rujnował szanse na dobrobyt ludności meksykańskiej na korzyść amerykańskich firm. W książce Stiglitza znajdziemy też inne przykłady wyzysku biednych krajów, prowadzonego przy pomocy globalizacji, wymuszającej niesprawiedliwe dla nich rozwiązania.
Sam Stiglitz przyznaje, że jest ekonomistą i porusza się głównie w tej dziedzinie, zwracając zarazem uwagę czytelników na brak etyki, która w większości przypadków charakteryzuje działania elit. Warto tu podkreślić, że książka była pisana na początku tego wieku, toteż autor miał mylne wrażenie, że skandale lat dziewięćdziesiątych doprowadzą do większej kontroli bankierów i większej ingerencji państwa w sprawy gospodarcze. Zapewne sam się nie spodziewał, że największy kryzys (obecny trwający bodajże od 2008 roku) miał dopiero nastąpić, uwidaczniając po raz kolejny realne oblicze kapitalizmu i korupcji w szeregach polityków. Stiglitz wyraził bowiem przekonanie, iż zrównoważenie roli państwa oraz rynku sprawi, że system będzie funkcjonował poprawie. Być może wtedy, z jego punktu widzenia (ekonomisty) wydawało się to dobrym rozwiązaniem, niemniej w sensie społecznym i politycznym takie założenie musiało okazać się błędne. W obecnej sytuacji widzimy jak rządy wspomagają miliardami euro pochodzącymi od podatników banki odpowiedzialne za obecny kryzys, widzimy jak ludzie, którzy nie dopuścili się żadnych przestępstw tracą domy, a grecki rząd “sprzedaje” niezależność ludności greckiej Międzynarodowemu Funduszowi Walut. Jesteśmy zatem świadkami sytuacji, w której rządy występują otwarcie przeciwko swoim narodom, wspomagając interesy elit finansowych, odpowiedzialnych za załamanie gospodarki. Ludzie zaś stają się kozłami ofiarnymi, mającymi spłacić długi bankierów, spekulantów czy deweloperów.
Mając na uwadze te wydarzenia, podparte przykładami Stiglitza można wysunąć wniosek, że obecny model ekonomiczno-polityczny nie tylko nie służy społeczeństwom, ale żeruje na nich na rzecz określonych grup. W obliczu skandali opisanych w książce oraz wiedzy na temat działań polityków i finansistów zawierzanie im wydaje się utopijne i nierozsądne. W istocie rzeczy zamiast pozostawiać na łasce bogatych, społeczeństwa powinny zwrócić się ku innym rozwiązaniom, które opisują tak wybitny autorzy jak choćby Edward Abramowski. Jedynie władza pozostająca w rękach samych zainteresowanych jest w stanie realizować realne potrzeby społeczne oraz indywidualne. Zaś ogólny dobrobyt może być skutkiem dobrowolnej współpracy wszystkich ludzi, opartej na etyce i rzeczywistej równości, a nie rynkowej rywalizacji oraz dominacji, dającej profity jedynie wąskim grupom kapitałowym.
Filed under: anarchizm, antykapitalizm | Tagi: anarchizm, antykapitalizm, kapitalizm, propaganda
W środowisku anarchistów krąży żart, w którym to – ku chwale mediów korporacyjnych – uznajemy iż udało nam się osiągnąć to o czym marzy wiele ludzi. A mianowicie, jako anarchiści, nie starzejemy się i pozostajemy wiecznie młodzi. Otóż przekonanie to wzięło się z medialnej propagandy opisującej wszelkie działania aktywistów tym nagminnie stosowanym, a zarazem starającym się dyskredytować ruch słowem kluczem – młodzież. Niezależnie od faktycznego wieku aktywistów media zawsze obwieszczają, że za podejmowanymi inicjatywami stoi młodzież. Co ciekawe ten tani chwyt stosują politykierzy oraz komercyjni dziennikarze na całym świecie. Dlatego też olbrzymi bunt społeczny w Grecji jest naturalnie prowadzony przez szesnastolatków, którym przypadkiem udało się poruszyć skostniałe społeczeństwo i stworzyć kilka grup partyzantki miejskiej. Zaś mieszkańcy Rozbratu to najpewniej dwunastoletnie bojowniczki, krzyczące że miasto nie jest towarem.
Spójrzmy teraz co kryje się faktycznie za słowem młodzież. Według Wikipedii to:
Kategoria społeczna ludzi w wieku dojrzewania, będących do pewnego momentu pod opieką opiekuna prawnego, najczęściej rodzica. Pod względem faz rozwoju człowieka przyjmuje się granice wiekowe dla młodzieży między 11 a 19 rokiem życia.
Podobną definicję znalazłem w innych encyklopediach. Ku wyjaśnieniu wokół anarchizmu kręci się wiele osób w przedziale wieku 11-19 lat. I chwała im za to. Niemniej, będąc szczerym, zdecydowaną większość stanowią osoby starsze, które nie tylko mają na karku po kilkadziesiąt lat, lecz jakby tego było mało część z nich posiada rodziny, wliczając w to gromadki dzieci. No chyba że to ja współpracując z anarchistami z różnych krajów trafiam tylko na tych wyrośniętych, a opoka rewolucji odrabia wtedy lekcje.
Naturalnie nadużywanie słowa młodzież w stosunku do działań ruchu anarchistycznego nie jest przypadkiem. Część dziennikarzy pisze po prostu banialuki, nie znając podstaw tematu, który poruszają, a inni świadomie na czele z politykami przekłamują prawdziwy obraz. Widziałem i czytałem niezliczoną ilość relacji z przeróżnych akcji, gdzie trzydziestoletni aktywiści byli określani mianem młodzieży. Najnowsze to bodajże obrona Rozbratu oraz akcje trójmiejskiej sekcji Federacji Anarchistycznej. Otóż powód fałszowania prawdy jest oczywisty. Słowo młodzież spłyca znaczenie poszczególnych inicjatyw, starając się zbudować w odbiorcach serwisów informacyjnych przekonanie, że owe akcje są wynikiem działań kilkoro nastolatków, którzy jeszcze nie dorośli do tego by wiedzieć czym jest prawdziwie ciężka egzystencja. Zatem przykładowo czytelnik gazety siłą woli zakłada, że anarchizm reprezentują osoby nie mające praktycznej wiedzy na temat rynku pracy, nie mające doświadczenia w tym jak wyżywić swoją rodzinę, zmagać się z urzędami czy rachunkami. Między innymi tym sposobem tworzy się propaganda dyskredytująca doktrynę polityczną jaką jest anarchizm i przekształcająca jego wizerunek w subkulturę młodzieżową. Podczas rozmów, które prowadziłem zdarzyło mi się kilkakrotnie zostać oskarżonym o utopijność, przy czym kluczowym argumentem rozmówców było to, że reprezentuje młodych, przeidealizowanych nierobów. Gdy dowiadywali się, że mam całkiem niezły staż pracy jako robotnik fizyczny oraz umysłowy (czasem większy staż od dyskutantów), a do tego rodzinę do wykarmienia niespodziewanie zmieniali swoje nastawienie do anarchizmu. I tu leży zagrożenie dla różnej maści kapitalistów, polityków czy globalistów. Jeśli ludzie zaczną nas traktować poważnie, mogą zacząć myśleć, że jest alternatywa. A jak zaczną myśleć, że jest alternatywa, mogą przestać pracować dla nich i o-Banku Światowy-uchowaj zaczną organizować się sami. A to oznaczałoby rewolucję oraz koniec kapitalistycznego wyzysku i zniszczenia, czego serdecznie życzę młodzieży ze wszystkich krajów świata.
Filed under: anarchizm, antykapitalizm, ekonomia | Tagi: anarchia, anarchizm, antykapitalizm, capitalism: a love story, globalizacja, kapitalizm, kapitaliści, michael moore, wyzysk
Wczoraj miałem okazję obejrzeć najnowszy film Michaela Moore’a pod tytułem Capitalism: A Love Story. Dokument ten powinien stać się pozycją obowiązkową dla tych wszystkich, którzy zawierzają politykom, bankom oraz instytucjom finansowym, żyjąc w przekonaniu iż obecny system jest wynikiem demokracji bądź naturalnego porządku społecznego. O kapitalizmie nakręcono oraz napisano wiele krytyk, sam jestem autorem co najmniej kilku. Dlaczego więc film Moore’a jest szczególny? Otóż dlatego, że przedstawia czym kapitalizm jest w praktyce, obnaża go i pokazuje takim jakim jest bez wyświechtanych kłamstw ekonomistów. Nie skupia się przy tym na statystykach, sloganach czy naukowych nazwach, które możemy znaleźć w wielu analizach. W zamian pokazuje pojedyncze historie ofiar systemu, eksmitowane rodziny, zwalnianych ludzi, wymierające miasta i ogólną degenerację. Doskonale obnaża zepsucie polityków, chciwość szefów korporacji oraz olbrzymią skalę korupcji. Reżyser pokazuje to wprost, starając się nawet rozmawiać z niektórymi z kapitalistów.
Na tym się jednak nie kończy, film nie jest jedynie obszerną krytyką. W filmie pojawia się bowiem to co najważniejsze, czyli alternatywa dla kapitalizmu. Moore pokazuje samorządność, przedstawiając kilka świetnie prosperujących zakładów, którego właścicielami są robotnicy. W firmach panuje demokracja bezpośrednia, kolektywizm, sprawiedliwe zarządzanie. Można użyć tu kilku nazw, ale zawsze chodzi o to samo. Podobnie jak to wygląda wśród argentyńskich robotników tudzież greckich anarchistów po raz kolejny łamane są tu mity kapitalizmu dotyczące hierarchizacji, potrzeby posiadania szefa, czy świętej zasady stawiania zysku na pierwszym miejscu. Otóż można inaczej, robotnicy-właściciele owych przedsiębiorstw na pierwszym miejscu stawiają wspólne dobro i wszystkie decyzje mają służyć wspólnemu dobrobytowi, a nie interesom prezesa i akcjonariuszy. Dochodzimy tu więc do tego co proponują anarchiści, o co walczą na przykład Inicjatywa Pracownicza czy Federacja Anarchistyczna. Nie potrzebujemy władzy oraz szefostwa , aby się rozwijać i wykonywać dobrze swoją pracę. Obecnego systemu nie da się regulować, należy go radykalnie zmienić i powrócić do źródeł, czyli dzielenia wartości oraz pomocy wzajemnej, które są siłą społeczeństwa.
Z filmu wyłania się zatem rewolucyjna (i zresztą prawdziwa) konkluzja. Kapitalizm to zło i należy go jak najszybciej wyeliminować. Jest zaprzeczeniem wszystkich prawdziwych wartości życia. Jego efektem w skali globalnej jest jedynie postępująca bieda, wyzysk oraz zniszczenie. Nie można go zmodyfikować, poprawić bądź pozbyć się kilku niedostatków, bo system ten jest zbudowany aby wyzyskiwać oraz niszczyć, jego zadaniem nie jest służenie ludziom, a dostarczanie dochodów wąskim grupom burżuazyjnych oszustów i zbrodniarzy. Rewolucja pozostaje więc nieunikniona, jest naturalnym następstwem ogromu krzywd wyrządzanych zwykłym ludziom (i zwierzętom) każdego dnia, nie tylko w Ameryce, ale i na całym świecie. Naszym zadaniem jest jednak to, aby rewolucja nie przerodziła się w kolejny okres przejściowy. Władza w ręce ludu.
Walka trwa!
Myślałem, że w telewizji mainstreamo’wej nic już mnie nie zaskoczy, a jednak się myliłem, co potwierdza starą prawdę, że wroga należy zawsze doceniać. Otóż obcować z telewizorem mam okazję bardzo rzadko, wszakże ze względu na obecne miejsce pobytu miałem możliwość obejrzenia porannego programu w neoliberalnym TVNie. Jednym z gości programu była pani bizneswoman, będąca prywatnie żoną Jana Kulczyka, najbogatszego Polaka. Prowadzący program chcieli się dowiedzieć jak to jest naprawdę z tym byciem bardzo zamożnym człowiekiem. Czy to bułka z masłem czy raczej droga krzyżowa. Trzeba tu oddać sprawiedliwość, że pani odpowiedziała, że zdaje sobie sprawę z tego, że nie ma ciężko w porównaniu do reszty społeczeństwa. Niemniej po tej wypowiedzi dowiedzieliśmy się, że życie bogacza nie jest życiem łatwym ze względu na jego dynamikę oraz ciężką pracę, którą trzeba wykonywać każdego dnia.
W kwestii dynamiki, chodziło o zmienność planów, czyli że pani małżonka pana Kulczyka spakowała się do Australii, a okazało się, że leci do Kazachstanu. Oznacza to, że musi się przepakować. Zaś w kwestii ciężkiej pracy, chodziło o to, że pan Kulczyk nie jest jakimś oligarchą i bogactwo, które posiada jest owocem wyczerpującej pracy.
Zaś w kwestii wyjaśniającej, jestem pewien, że wiele osób chętnie zamieniłoby by swoje kłopoty (np. nakaz eksmisji, brak pracy, mobbing, słabo płatna praca) na niedogodności związane z notorycznym przepakowywaniem bagaży. Rozumiem, że państwo Kulczyk latają klasą ekonomiczną? Co do pracy, to gwoli informacji, co by rodzimi kapitaliści nie mówili, że nikt im nie powiedział – zdecydowana większość klasy pracującej, upchanej w betonowe pudła, pracuje od rana do nocy, w zamian dostając obraźliwe ochłapy tego co dostaje szanowny przedstawiciel ludu pracy – pan Kulczyk. Jest więc co najmniej niestosownym porównywanie się z wyzyskiwanymi ludźmi, którzy każdego dnia pracują na takich jak pani bizneswoman, a mimo to nie osiągają żadnej pewności bytu, przyszłości czy bezpieczeństwa rodziny. I być może dla odmiany, ciekawym pomysłem byłoby zaproszenie do studia TVNu prawdziwych przedstawicieli społeczeństwa, a nie celebrytów czy burżuazji, oderwanych od rzeczywistości? Ach, zapomniałbym, ani oni modni ani znani ani bogaci ani wesolutcy.
Filed under: antykapitalizm, ekologia | Tagi: antykonsumpcjonizm, kapitalizm, konsumpcjonizm
Konsumpcjonizm jest widoczny wszędzie, w miejscach pracy, w szkołach, w rodzinach i na ulicach “cywilizowanego” świata. Odwrócenie wartości postąpiło już do tego stopnia, iż wzbogacanie się oraz nabywanie produktów stało się sensem istnienia. To nie my posiadamy rzeczy, które kupujemy, ale to one posiadają nas. Jesteśmy ich niewolnikami. Kapitaliści uparcie przekonują nas, że potrzebujemy tuziny ubrań, kosmetyków, iPodów czy gadżetów. Aby czuć się spełnionym i zadowolonym. Tak jak gdyby bez nich nasze życie było czymś niewartościowym, a my sami nikim wartościowym. To zaś prowadzi do degeneracji człowieka, nastawionego wyłącznie na zysk i konsumpcję, pielęgnującego w sobie egoizm i materializm. Chcemy jeszcze więcej i więcej każdym kosztem! Liczę się tylko JA, moje samopoczucie i to co mogę jeszcze kupić.
Nie tylko anarchiści wskazują na potrzebę wyzbycia się materializmu, ten motyw pojawia się w praktycznie każdej wielkiej filozofii (mówił o tym nawet Jezus!). Ponadto skala konsumpcji prowadzi do wyzysku oraz marnotrawienia olbrzymiej ilości środków czy żywności. Tak wiem, jest to slogan stosowany od lat, który daje marne efekty. Wszakże konsumenci powinni wiedzieć, iż ich brak umiaru w końcu uderzy w ich samych. Nie tylko w afrykańskie dzieci zaprzęgnięte do morderczej pracy, nie tylko w amazońską dżunglę. Kryzys już zapukał do świata zachodniego, a to zaledwie początek tego jak może załamać się kapitalizm (napędzany właśnie przez konsumpcję) w przyszłości. Kolejny kryzys może uderzyć już w dzieci konsumentów w ich zachodni styl życia, rujnując wszystko co zostało zbudowane na fałszywej wartości. Jeśli zachodnie społeczeństwa nie podniosą się z dna, to nie jest kwestią tego czy to się wydarzy, a kwestią tego kiedy to się wydarzy. Drzew i ropy też kiedyś braknie.
Gdy jesteśmy kuszeni przez telewizyjne reklamy czy kolorowe billboardy, pamiętajmy, że wartość życia nie mierzy się stertą pieniędzy na naszym koncie bądź luksusowym samochodem w garażu. Zastanówmy się więc czy naprawdę potrzebuję dziesiątą parę butów? Czy jakieś zwierzę ucierpiało gdy robiono ten krem do rąk? Ile godzin pracowała szwaczka w Salwadorze, szyjąc tę koszulkę? Bowiem prawdziwe wartości to pomoc wzajemna, miłość, wolność, empatia, współpraca. Aby życie miało sens nie potrzebujemy posiadać wielu z rzeczy, które mamy lub których kupno już planujemy. Szczęśliwe życie to życie w wolnej wspólnocie/rodzinie, opartej na powyższych wartościach a nie w zniewolonym przez konsumpcjonizm społeczeństwie, kupującym sobie szczęście w centrach handlowych i wyzbytym odpowiedzialności oraz prawości.
Plemiona indiańskie często charakteryzowały się harmonijnym życiem we wspólnocie. Bez własności prywatnej, bez granic obszarowych czy lęku o kwestie materialne. Wszystko skupiało się w prostym życiu w zgodzie z naturą, akceptacją własnych słabości, ale także zdolności na rzecz dobra wspólnoty, czyli wszystkich członków plemienia. Strach – przed utratą pracy, przed listem z US, złym humorem szefa – był im całkowicie obcy. Między innymi tutaj leżała ich siła (zresztą w różnych miejscach globu jest to nadal aktualne).
Spójrzmy teraz na naszą cywilizację zachodu. Żyjemy w stałym zastraszeniu przed groźnymi terrorystami, czyhającymi na każdym kroku, przed pracodawcami, którzy łaskawie decydują o naszym losie, przed państwem, które zawsze może znaleźć odpowiedni paragraf i przed bankami, których spekulacje dostarczają nam ciągłych trosk o posiadanie/utrzymanie domu – niegdyś sprawy naturalnej, dziś luksusu i symbolu zniewolenia mas. Ciągły stres i trwoga sprawiają, że tworzymy potulne i próżne społeczeństwa, wypełniające wolę rządzących, chodząc tłumnie na zakupy do korporacji i grzecznie pracując na elity finansowe. Naiwnie wierzymy w wiadomości telewizyjne, które jeszcze bardziej nas przerażają głównie niestabilnością materialną: kryzys, kryzys, panie aj waj! Znowu zwolniono sto osób, na Wall Street panika, Złoty szybuje w dół!
Strach od zarania dziejów jest metodą, wykorzystywaną do zniewalania ludzi, manipulacji i zdobywania władzy. Patrząc na to z dystansem, który można dostrzec właśnie u Indian, zapytajmy: dlaczego mamy się bać banków, dlaczego mamy bać się szefów? Czy są oni naszymi posiadaczami? Nie. Ziemia jest dla nas wszystkich, wszyscy mamy prawo tu mieszkać i żyć godnie. Nie musimy zaciągać trzydziestoletnich kredytów, nie musimy wypełniać upokarzających zobowiązań. Planeta nie należy do nich, nie są oni też naszymi Panami. Pójdźmy teraz dalej, wyrzućmy ten strach z naszych społeczeństw, odmówmy posłuszeństwa, organizujmy się sami i żyjmy z godnością, a nie uległością. I gdy to się stanie i wyswobodzimy się z tych więzów państwowości, materializmu i zlęknięcia, zapytajmy: czy chcemy żyć bez tysięcy kamer na naszych ulicach? Czy chcemy mieć swoje domy? Czy chcemy pracować godnie i żyć w spokoju? Jeśli tak, to… żyjmy tak. Zróbmy to sami, bez terroru i zastraszania dla korzyści elit. Nie bojąc się więcej ukrytych opłat w umowie pożyczki, policjanta z gazem, wyrzucającego nas z domu bądź kolejnego koncernu, niszczącego nasze środowisko i kulturę. Nie gódźmy się wspólnie na to co nas wyzyskuje, a budujmy inne rozwiązania, oparte na innych wartościach. Strach jest bowiem bardzo skuteczny, tylko wtedy, gdy mu się poddajemy. Jeśli społeczeństwo ma siłę i odwagę, by przestać się bać, może zacząć funkcjonować tak jak zechce, w zgodzie z własną wolą, a nie interesem bogaczy i polityków.
Filed under: anarchizm, antykapitalizm | Tagi: abramowski, anarchizm, kolektywizacja, kolektywizm, kooperatywa, samorządność, spółdzielczość, spółdzielnie
Wykorzystując słoneczną pogodę na tej deszczowej wyspie, przesiaduję godzinami nad morzem, czytając zbiory pism Edwarda Abramowskiego w książce Braterstwo, solidarność, współdziałanie. Jak wiadomo miłośnikom historii Abramowski był gorącym zwolennikiem spółdzielczości i społecznej kooperacji, przeciwnikiem kapitalizmu oraz wyzysku czynionego na robotnikach. Książka ta jest nie tylko ciekawa, ale przede wszystkim motywująca, gdyż większość spraw o których pisze Abramowski (początek XX wieku) jest nadal aktualna, a kooperatywizm ciągle pozostaje alternatywą dla obecnej, hierarchicznej organizacji społeczeństwa.
Idea spółdzielczości jest tak naprawdę bardzo prosta i możliwa (udowadniają to przykłady podane w książce). Oczywiście jest zagrożeniem dla władzy oraz kapitalistów, toteż ludzi od dziesiątek lat przekonuje się, że samoorganizacja jest niemożliwa i by mogli żyć w dobrobycie potrzebują premierów, bankierów, trzydziestoletnich kredytów i innych niewolniczych nakładek. Ale do czego tak naprawdę potrzebujemy polityków i szefów? Do pracy? Każdy z nas wykonuje swoją pracę sam lub współpracując z innymi pracownikami. Wiemy jak wykonywać swoją pracę. Szefowie przydają się tu tylko do tego, by wydawać nam polecenia i zabierać prawie całe zysk. Do kontroli? Brytyjska spółdzielnia z Rochdale, a współcześnie zakłady pracy (szczególnie Zanon) w Argentynie, Zapatyści w Meksyku, centra społeczne w Grecji dowodzą, że nie tylko nie potrzebujemy mieć nad sobą kata, który będzie nas inwigilował i terroryzował, ale sami potrafimy się zorganizować lepiej, sprawując jednocześnie bezpośrednią kontrolę nad tym co jest robione. Ludziom wmówiono, że aby się rozwijać potrzebujemy liderów, którzy będą za nas przeprowadzali reformy, którzy za nas będą decydować jaką religię powinniśmy wyznawać, którzy będą wiedzieć lepiej co się nam należy, a co nie. I naturalnie tylko zupełnym przypadkiem zdecydowana większość wszystkich zasobów, środków produkcji, ziem, pieniędzy należy do małych grup kapitalistów, korporacji lub rządu (w przypadku dyktatur państwowych). Czyli naszych “liderów”.
Kooperatywizm jest więc alternatywą dla wyzysku mas i dominacji bogaczy, skupionych jedynie na powiększaniu swoich wpływów i majątków każdym kosztem. Poprzez swoją specyficzną budowę zapewnia równość, stabilność i pomoc wzajemną. Nie jest bowiem nastawiony na zarobek, oparty na krzywdzie innych, a na rozwój i dobro wszystkich członków kooperatywy. Bowiem od dobra członków zależy dobro kooperatywy. Jednocześnie jest działaniem jawnym, podlegającym stałej kontroli członków spółdzielni. Nie ma tu immunitetów poselskich, nie ma tajemnicy bankowej, nie ma lichwiarskiego oprocentowania, nie ma drobnego druczku. Rzecz jasna budowa kooperatywy to olbrzymie wyzwanie dla danej grupy, gdyż wymaga przestawianie swojego toku myślenia z pasywnego na aktywne. Chcesz coś zmienić? Zrób to sam. Uważasz, że coś działa nie tak? Nie narzekaj, stwórz lepszą propozycję. Masz bowiem wpływ na to co się dzieje wokół ciebie. Nie jesteś numerkiem w urzędzie, o którym przypominają sobie elity, gdy przychodzą wybory.
Celem tej notki nie jest dokładne omówienie zagadnień kooperatywizmu, ale zwrócenie uwagi na fakt, iż alternatywne rozwiązania organizacji ekonomii czy szerzej lokalnych społeczeństw istnieją i są sprawdzone w praktyce. Nieprzypadkowo są marginalizowane przez główny dyskurs. W końcu korzystają na nich zwykli ludzie, a nie władza czy korporacje. Zwłaszcza, że oddolna samorządność to nie tylko finanse, ale także rozbudowa międzyludzkich kontaktów, szeroka współpraca zamiast rywalizacji, troska o innych, dbałość o przyrodę i etykę. To coś więcej niż tylko biznes. Dla tych, których temat zainteresował serdecznie polecam tę książkę, co by zapoznać się z praktycznymi poradami, z kłopotami logistycznymi i korzyściami samorządności.
Filed under: aktywizm, anarchizm, antykapitalizm | Tagi: anarchisci, anarchizm, antykapitalizm, grecja, grecy, kko, rewolta, rewolucja
Grecja to temat na topie wśród braci anarchistycznej na całym świecie. Jest to zrozumiałe, ruch rozrasta się tam coraz bardziej, protesty i samorządność przyciągają tysiące ludzi, zamieszki wybuchają w różnych punktach kraju, atakując symbole władzy i kapitalizmu, a jakby tego było mało to jeszcze okazało się, że rządzący ukrywali, iż gospodarka grecka jest w fatalnej kondycji. To jeszcze mocniej podburzyło i tak małe zaufanie do polityków wśród społeczeństwa. Ostatnim przejawem otwartej wojny przeciwko instytucji państwa są ataki bombowe przeprowadzone przez radykałów z Konspiracyjnych Komórek Ognia, które mają na swoim koncie zamachy na Bank Narodowy i Agencję Ubezpieczenia, Parlament i najprawdopodobniej Ministerstwo Prasy. Nie wnikając w dywagacje na temat słuszności tych ataków warto tu podkreślić, iż żaden z zamachów nie spowodował ofiar w ludziach.
Sytuacja jest zatem nieco podobna do tej z Niemiec za czasów intensywnej działalności RAFu, z tą różnicą, że teraz samorządne idee są bardziej wyraziste i potrzebne, a kryzys uzmysłowił wielu zwolennikom neoliberalnej polityki czym jest kapitalizm. Krótko mówiąc społeczeństwo greckie jest bardziej uświadomione i chętne do walki o swoją przyszłość. Wbrew komentarzom mediów komercyjnych, opór w Grecji nie jest wynikiem burd chuliganów czy pustym wandalizmem/terroryzmem i nic nie ucichło po tym jak młodzież wyszalała się podczas grudniowych zamieszek. Jest walką polityczną toczącą się na ulicach, na uniwersytetach, w więzieniach, w obozach imigrantów i w wielu innych placówkach. Jest sprzeciwem ludu, zmagającego się z biedą, represjami, wyzyskiem i ograniczaniem wolności. Rzecz jasna media mainstreamowe robią wszystko by przedstawić ten opór jako wybryki wandalów, nie wspominając o politycznym aspekcie wystąpień, nie wspominając o kooperatywach tworzonych w różnych punktach kraju, o setkach innych projektów, stawiających na demokratyzację wszelkich działań. Media nie zauważają nawet tego, że nie tylko anarchiści (a.k.a wstrętni terroryści) prowadzą działalność antykapitalistyczną, ale także różnej maści staliniści, marksiści i inni chcący przejąć władzę dla “dobra ludu”.
Reasumując, wydarzenia w Grecji są inspiracją dla wolnościowców z pozostałych krajów, którzy z nadzieją obserwują ich rozwój oraz wspierają rosnący opór społeczny. Naturalnie może być to kolejny krótki epizod w historii kapitalizmu, a walka anarchistów może spełznąć na niczym (co jest niestety prawdopodobne), jednak niezależnie od tego jak to się skończy, każda walka to doświadczenie i wiedza, którą zdobywają aktywiści, jak również lokalne i międzynarodowe społeczeństwa. Każda rewolta, nawet przegrana jest inspiracją lub lekcją dla innych. A jak pokazuje historia walka o wolność i sprawiedliwość nigdy nie ustaje.
update: po napisaniu notki przeprowadziłem wywiad z greckim anarchistą – polecam!