Filed under: anarchizm | Tagi: anarchisci, anarchizm, bomby w ambasadzie, ekstremizm, terroryzm, terroryści, zamachy
W minionym tygodniu dowiedzieliśmy się po raz kolejny, że w Europie grasują niebezpieczni terroryści-anarchiści wysyłający listy z bombami do przeróżnych ambasad. Ci bezlitośni niegodziwcy pragną rozlewu niewinnej krwi i chaosu na ulicach wspaniałych kapitalistycznych miast Europy, gdy rządy i wielki biznes tak wytrwale starają się wyjść na prostą z kryzysu, za który każą płacić podatnikom. W rzeczy samej w obrazie przekazywanym przed media głównego nurtu wszystko układa się w całość, lewacki terror rośnie na ulicach, a anarchiści stają się niemalże europejską Al-Qaidą . Uważaj, gdy otwierasz lodówkę, bo może tam się czaić anarchista z bombą!
W całym tym rozgardiaszu nikt nie zastanowi się nawet by zapytać samych anarchistów co o tym sądzą? Bo i po co? Mamy przecież wygodne wytłumaczenie, odwrócenie uwagi od prawdziwych problemów i odrobinę sensacji. Jeszcze trochę i wyjdzie nam z tego scenariusz na ciekawy thriller polityczny. No właśnie i tu jest sedno sprawy. Bo cała akcja tej tajemniczej organizacji Unofficial Anarchist Federation, o której nikt nie słyszał pachnie fikcją i prowokacją na kilometr. Szczególnie, że we Włoszech nie byłby to pierwszy raz (np. zamach na Piazza della Logia w Bresci w maju 1974). Po drugie, z anarchistycznego punktu widzenia atakowanie przypadkowych pracowników ambasad mija się z celem. Nawet radykałowie z Walki Rewolucyjnej odcinają się od takich działań. Podobnie zresztą robią inne anarchistyczne organizacje jak szwajcarska Libertäre Aktion Winterthur, która w swoim oświadczeniu dystansuje się od tych zamachów i powątpiewa w autentyczność Unofficial Anarchist Federation. Niemniej rzecz jasna media o tym już nie wspomną, mogłoby to wprowadzić trochę zamieszania w biało-czarną wersję neoliberalnego świata. Po trzecie, komu miałoby służyć zabicie pracownika szwajcarskiej czy chilijskiej ambasady? Chyba tylko ludzie z problemami logicznego myślenia mogliby uznać, że po przeprowadzeniu takich zamachów jacykolwiek anarchiści oczekiwaliby wybuchu rewolucji czy zniszczenia kapitalizmu. Jeśli chodzi o anarchistów, to jedyne co może im to przynieść to jeszcze większe represje. Zaś inaczej wygląda sprawa z punktu widzenia rządu włoskiego. We Włoszech trwają obecnie gwałtowne i masowe protesty studenckie jakich kraj ten nie wiedział od wielu lat. Do studentów przyłączają się także inni. Co to oznacza? Gniew ludu zawsze oznacza to samo, zagrożenie dla władzy i kapitału. Co można więc zrobić? Hmmm….pomyślmy. Nastraszyć społeczeństwo i odwrócić ich uwagę, kreując sztucznego wroga? Anarchistyczna grypa atakuje! WHO ostrzega o pandemii!
Rzecz w tym, że anarchiści nie siedzą po nocach, knując w kogo by tu uderzyć, aby jeszcze bardziej zarobić czy mieć jeszcze większe wpływy. Nie mają na rękach krwi niewinnych ofiar w Iraku i Afganistanie, imigrantów represjonowanych w europejskich więzieniach, milionów ofiar globalizacji i biedy w krajach Trzeciego Świata, tysięcy zwierząt zamęczanych na farmach i laboratoriach. To nie im zależy na rozlewie krwi, to nie oni wymyślają coraz lepsze bronie, to nie oni postulują wydawanie miliardów dolarów na wojny, gdy brakuje pieniędzy na wyżywienie milionów dzieci. A nawet jeśli uznać, że siedzą na tych swoich skłotach i ekscytują się mordowaniem innych, ich cele są zgoła inne niż niewinni pracownicy jakiejś ambasady. Kto więc tak naprawdę wysłał te listy, hm?
Filed under: anarchizm, antykapitalizm, prawa zwierzat | Tagi: alf, anarchia, anarchizm, animal liberation front, antykapitalizm, ekologia, front wyzwolenia zwierząt, kapitalizm, korporacje, prawa zwierzat, weganizm, wegetarianizm, wiwisekcja, zwierzęta
Dzięki setkom dowodów każdy człowiek może zapoznać się z tym jak wygląda sytuacja zwierząt w obecnym systemie polityczno-ekonomicznym. Bez trudu można zobaczyć na własne oczy jak zwierzęta cierpią i jak są okrutnie traktowane w rzeźniach, na farmach bądź laboratoriach; że są ofiarami przemysłu i patologii obecnej w w wielu branżach, czerpiących profity z ich śmierci i bezbronności. Po zapoznaniu się z tymi materiałami można dojść do wyłącznie jednego wniosku, a mianowicie tego, iż elementy brutalności nie są pojedynczymi przypadkami, a standardem, wręcz normalnością, na której opiera się produkcja mięsa, mleka, jajek, odzieży lub kosmetyków.
Weg(eteri)anizm i aktywizm
Na szczęście pomimo ogromnej skali powyższych zjawisk istnieje wiele osób wrażliwych na los zwierząt i nie pozostających w tej kwestii biernym. Część ludzi rezygnuje z produktów pochodzenia zwierzęcego, zostając wegetarianami lub weganami, inni idą dalej zostając aktywistami prozwierzęcymi. Angażują się więc w obronę praw zwierząt nie tylko w zaciszu własnych domów lub podczas zakupów, ale także na ulicach, uczelniach, podczas protestów i wykładów i przede wszystkim ryzykując własną wolność podczas akcji bezpośrednich, mających za cel uwalnianie więzionych zwierząt. Tworzy się więc duże, międzynarodowe kampanie promujące wegetarianizm, zbiera się dowody bestialstwa, bojkotuje się firmy, lobbuje się projekty ustaw, zdobywa się poparcie celebrytów. Istnieje rzesza większych i mniejszych, legalnych i nielegalnych inicjatyw, walczących z okrucieństwem wobec zwierząt. Wszystko to wskazuje na wielki potencjał oraz kreatywność aktywistów. Niemniej mimo funkcjonowania tak znanych organizacji jak PETA czy radykalnych odłamów ruchu na rzecz zwierząt takich jak Animal Liberation Front – zwierzęta nadal cierpią, chów przemysłowy się rozwija, środowisko naturalne jest niszczone przez producentów produktów pochodzenia zwierzęcego. Mimo tego, że ALF uwolnił setki norek, psów, kotów, małp, mimo tego, że inne organizacje doprowadziły do zamknięcia niektórych firm i aresztowania ich pracowników, eksploatacja zwierząt nadal ma się dobrze. I nic nie wskazuje na rychły ratunek dla wszystkich istot, przetrzymywanych i mordowanych w tragicznych warunkach.
Potrzeba upolitycznienia ruchu prozwierzęcego
Analizując temat można postawić hipotezę, że sytuacja ta wynika z braku szerszego pojmowania spraw zwierząt, braku głębokiej analizy polityczno-ekonomicznej, która przedstawiłaby powody takiego stanu rzeczy. Właśnie przez to można odnieść wrażenie, że większość organizacji i aktywistów pozostaje skupiona na poszczególnych miejscach, firmach, osobach, zaangażowanych w łamanie praw zwierząt, a ci, którzy upolitycznili się “po drodze” nadal pozostają mniejszością. Oczywiście zwalczanie lokalnych zbrodniarzy jest jak najbardziej zasadne i sensowne. Rzecz polega jednak na tym, że nawet jeśli zamknąć jedną farmę, na jej miejscu pojawi się inna, jeszcze bardziej uprzywilejowana i chroniona przez polityków. To przecież właśnie lobbiści firm odpowiedzialnych za okrucieństwo zwierząt przeforsowali prawa dające możliwość traktowania członków ALFu (który prowadzi działania non-violence) jako terrorystów. Dla polityków i kapitalistów liczą się bowiem czynniki ekonomiczne, a te znają jedynie matematykę, a nie etykę.
Problemem nie jest zatem jedna farma, ale system, który wspiera tysiące takich farm. Problemem nie jest jedno laboratorium, ale wiwisekcja ratyfikowana przez rządy. Problemem nie jest brak ustaw, ale fakt, że prawo pisane jest na korzyść korporacji. Problemem jest pogoń za zyskiem za wszelką cenę, problemem jest egoizm i konformizm wszczepiane od najmłodszych lat, problemem jest masowość produkcji. To wszystko składa się na kapitalizm.
Toteż po dekadach bojkotów i promowania diet wegetariańskich czy wegańskich, odpowiedzią na rzeź zwierząt powinno być upolitycznienie ruchu prozwierzęcego, aktywna walka z kapitalizmem i jego spuścizną. Mowa tu rzecz jasna o radykalizacji, a nie reformach czy poprawkach do ustaw. Chodzi o skierowanie się na tor samorządności, która funkcjonuje na zasadach wolności i etyki. I tu pojawia się anarchizm, który pozostaje tą doktryną, która pozwala ludziom swobodnie wpływać na rzeczywistość, w której przyszło im żyć. W praktyce oznacza to większą kontrolę nad formą ekonomii i społeczeństwa, a to zaś umożliwia etyczne traktowanie zwierząt czy stopniową eliminację produktów zwierzęcych w zależności od decyzji lokalnych społeczeństw. W anarchizmie nie ma bowiem władzy, która rości sobie prawo do rządzenia bytami innych, mówiącej nam kogo mamy jeść, na kim eksperymentować lub z kogo zdzierać futro. Jest za to możliwość formowania takiej rzeczywistości, która nie sprowadza krzywdy na innych ludzi lub inne istoty. Rzeczywistość zależy więc od nas samych. Szczególnie, że anarchizm jako taki stawia na pierwszym miejscu moralność i odpowiedzialność, a współczesna myśl rewolucyjna uważa kwestię zwierząt za jedną z kluczowych. W przeciwieństwie do retoryki neoliberałów odrzucających ideologię, a skupiających się jedynie na mechanizmach rynkowych.
Nie stanowiąc żadnej siły politycznej, a jedynie organizując się w stowarzyszeniach pozarządowych i wolontariackich ruch na rzecz zwierząt skazuje się na porażkę. Aby pomóc zwierzętom należy bowiem zniszczyć system, który je eksploatuje, a potem zbudować samorządne społeczeństwa, funkcjonujące na zasadzie równości i etyki. Należy zbudować polityczną alternatywę, w której zwierzęta będą definiowane jako istoty mające prawo do wolności, a nie będące trzodą, mającą zadowolić konformistyczne nawyki ludzi.
Filed under: anarchizm | Tagi: bojkot wyborów, kaczyński, komorowski, lewica, napieralski, prawica, prezydent, przeciwko wyborom, wybory, wybory prezydenckie
Przy okazji wyborów można zaobserwować jak w prosty sposób społeczeństwa pozwalają manipulować swoimi osądami, łatwo przyjmując socjotechniczne sztuczki rządzących i przede wszystkim ich sztabów, czyli speców od manipulacji opinią publiczną. Za każdym razem trudno wyjść ze zdziwienia, że ludzie autentycznie wierzą w slogany rzucane przed kandydatów i dają wiarę temu, że tzw. programy wyborcze zostaną kiedykolwiek zrealizowane, czy to przez prawicową czy lewicową władzę. Tudzież kierują się mało logicznym podejściem “głosuję przeciw kandydatowi A, a nie na kandydata B”. W rzeczywistości takie podejście sprowadza się do legitymizowania “reform” uderzających w interesy normalnych osób (czyli tzw. klasy pracującej, która stanowi dominującą większość niemal każdego kraju), które przeprowadza każda władza, niezależnie od barwy ideologicznej. Oddając więc głos w wyborach i biorąc udział w tym drwiącym z demokracji spektaklu głosują przeciw sobie.
I tym razem nie było inaczej. Jednak z kolejnymi wyborami spece od propagandy są coraz lepsi, a wyborcy mniej krytyczni i bardziej ulegli wobec kolorowych spotów i obietnic “opakowanych” w tańczące blondynki (Napieralski) lub fałszywy image (Kaczyński). W ten oto sposób powstają fankluby polityków lub wielotysięczne grupy na Facebooku (gdzie ludzie własnymi nazwiskami podpisują się pod danym kandydatem, nie dbając nawet o swoją anonimowość), zaś wiece wyborcze przypominają show znane z amerykańskiej telewizji. Z kolei debaty publiczne kojarzą się bardziej z politycznym konkursem piękności aniżeli polemiką na temat najważniejszych kwestii społecznych. Nikogo już nawet nie interesują programy kandydatów, liczy się czas na antenie i budżet kampanii. Ludzie zaś idą potulnie do urn, wierząc, że ich głos cokolwiek zmieni w ich sytuacji życiowej. Po wyborach okazuje się jednak, że nic się nie zmienia, bogaci stają jeszcze bardziej bogaci, a biedni bardziej biedni.
Otóż głos oddany w wyborach zmienia tylko ekipę, która będzie nami rządzić. Sami wszakże pozostajemy bez wpływu na kluczowe kwestie takie jak służba zdrowia, edukacja, rynek pracy czy ekonomia, które bezpośrednio dotyczą jakości naszego życia. Raz mamy do czynienia z rządem prawicowym, a innym razem lewicowym. W obu jednak przypadkach ludzie pozostają na garnuszku władzy, odbierając absurdalnie niskie emerytury i renty, kiepską opiekę zdrowotną, urzędniczy reżim czy zmagają się z prawem sprzyjającym elitom biznesu bądź służbom mundurowym, a nie im – pracownikom, zwykłym obywatelom bez przywilejów. Lecz mimo to, pielęgnują w sobie naiwne przekonanie, że krzyżyk, który zaznaczają co kilka lat w wyborach parlamentarnych czy prezydenckich będzie miał wpływ na poprawę rzeczywistości i co gorsza owy krzyżyk ma być dowodem demokracji. Wybory to nie demokracja, a kpina z demokracji. Demokracja to przede wszystkim władza ludzi, mogących samemu podejmować codzienne decyzje dotyczące ich życia, a nie raz na pięć lat.
Filed under: anarchizm, antykapitalizm | Tagi: anarchizm, antykapitalizm, kapitalizm, propaganda
W środowisku anarchistów krąży żart, w którym to – ku chwale mediów korporacyjnych – uznajemy iż udało nam się osiągnąć to o czym marzy wiele ludzi. A mianowicie, jako anarchiści, nie starzejemy się i pozostajemy wiecznie młodzi. Otóż przekonanie to wzięło się z medialnej propagandy opisującej wszelkie działania aktywistów tym nagminnie stosowanym, a zarazem starającym się dyskredytować ruch słowem kluczem – młodzież. Niezależnie od faktycznego wieku aktywistów media zawsze obwieszczają, że za podejmowanymi inicjatywami stoi młodzież. Co ciekawe ten tani chwyt stosują politykierzy oraz komercyjni dziennikarze na całym świecie. Dlatego też olbrzymi bunt społeczny w Grecji jest naturalnie prowadzony przez szesnastolatków, którym przypadkiem udało się poruszyć skostniałe społeczeństwo i stworzyć kilka grup partyzantki miejskiej. Zaś mieszkańcy Rozbratu to najpewniej dwunastoletnie bojowniczki, krzyczące że miasto nie jest towarem.
Spójrzmy teraz co kryje się faktycznie za słowem młodzież. Według Wikipedii to:
Kategoria społeczna ludzi w wieku dojrzewania, będących do pewnego momentu pod opieką opiekuna prawnego, najczęściej rodzica. Pod względem faz rozwoju człowieka przyjmuje się granice wiekowe dla młodzieży między 11 a 19 rokiem życia.
Podobną definicję znalazłem w innych encyklopediach. Ku wyjaśnieniu wokół anarchizmu kręci się wiele osób w przedziale wieku 11-19 lat. I chwała im za to. Niemniej, będąc szczerym, zdecydowaną większość stanowią osoby starsze, które nie tylko mają na karku po kilkadziesiąt lat, lecz jakby tego było mało część z nich posiada rodziny, wliczając w to gromadki dzieci. No chyba że to ja współpracując z anarchistami z różnych krajów trafiam tylko na tych wyrośniętych, a opoka rewolucji odrabia wtedy lekcje.
Naturalnie nadużywanie słowa młodzież w stosunku do działań ruchu anarchistycznego nie jest przypadkiem. Część dziennikarzy pisze po prostu banialuki, nie znając podstaw tematu, który poruszają, a inni świadomie na czele z politykami przekłamują prawdziwy obraz. Widziałem i czytałem niezliczoną ilość relacji z przeróżnych akcji, gdzie trzydziestoletni aktywiści byli określani mianem młodzieży. Najnowsze to bodajże obrona Rozbratu oraz akcje trójmiejskiej sekcji Federacji Anarchistycznej. Otóż powód fałszowania prawdy jest oczywisty. Słowo młodzież spłyca znaczenie poszczególnych inicjatyw, starając się zbudować w odbiorcach serwisów informacyjnych przekonanie, że owe akcje są wynikiem działań kilkoro nastolatków, którzy jeszcze nie dorośli do tego by wiedzieć czym jest prawdziwie ciężka egzystencja. Zatem przykładowo czytelnik gazety siłą woli zakłada, że anarchizm reprezentują osoby nie mające praktycznej wiedzy na temat rynku pracy, nie mające doświadczenia w tym jak wyżywić swoją rodzinę, zmagać się z urzędami czy rachunkami. Między innymi tym sposobem tworzy się propaganda dyskredytująca doktrynę polityczną jaką jest anarchizm i przekształcająca jego wizerunek w subkulturę młodzieżową. Podczas rozmów, które prowadziłem zdarzyło mi się kilkakrotnie zostać oskarżonym o utopijność, przy czym kluczowym argumentem rozmówców było to, że reprezentuje młodych, przeidealizowanych nierobów. Gdy dowiadywali się, że mam całkiem niezły staż pracy jako robotnik fizyczny oraz umysłowy (czasem większy staż od dyskutantów), a do tego rodzinę do wykarmienia niespodziewanie zmieniali swoje nastawienie do anarchizmu. I tu leży zagrożenie dla różnej maści kapitalistów, polityków czy globalistów. Jeśli ludzie zaczną nas traktować poważnie, mogą zacząć myśleć, że jest alternatywa. A jak zaczną myśleć, że jest alternatywa, mogą przestać pracować dla nich i o-Banku Światowy-uchowaj zaczną organizować się sami. A to oznaczałoby rewolucję oraz koniec kapitalistycznego wyzysku i zniszczenia, czego serdecznie życzę młodzieży ze wszystkich krajów świata.
Filed under: anarchizm, antykapitalizm, ekonomia | Tagi: anarchia, anarchizm, antykapitalizm, capitalism: a love story, globalizacja, kapitalizm, kapitaliści, michael moore, wyzysk
Wczoraj miałem okazję obejrzeć najnowszy film Michaela Moore’a pod tytułem Capitalism: A Love Story. Dokument ten powinien stać się pozycją obowiązkową dla tych wszystkich, którzy zawierzają politykom, bankom oraz instytucjom finansowym, żyjąc w przekonaniu iż obecny system jest wynikiem demokracji bądź naturalnego porządku społecznego. O kapitalizmie nakręcono oraz napisano wiele krytyk, sam jestem autorem co najmniej kilku. Dlaczego więc film Moore’a jest szczególny? Otóż dlatego, że przedstawia czym kapitalizm jest w praktyce, obnaża go i pokazuje takim jakim jest bez wyświechtanych kłamstw ekonomistów. Nie skupia się przy tym na statystykach, sloganach czy naukowych nazwach, które możemy znaleźć w wielu analizach. W zamian pokazuje pojedyncze historie ofiar systemu, eksmitowane rodziny, zwalnianych ludzi, wymierające miasta i ogólną degenerację. Doskonale obnaża zepsucie polityków, chciwość szefów korporacji oraz olbrzymią skalę korupcji. Reżyser pokazuje to wprost, starając się nawet rozmawiać z niektórymi z kapitalistów.
Na tym się jednak nie kończy, film nie jest jedynie obszerną krytyką. W filmie pojawia się bowiem to co najważniejsze, czyli alternatywa dla kapitalizmu. Moore pokazuje samorządność, przedstawiając kilka świetnie prosperujących zakładów, którego właścicielami są robotnicy. W firmach panuje demokracja bezpośrednia, kolektywizm, sprawiedliwe zarządzanie. Można użyć tu kilku nazw, ale zawsze chodzi o to samo. Podobnie jak to wygląda wśród argentyńskich robotników tudzież greckich anarchistów po raz kolejny łamane są tu mity kapitalizmu dotyczące hierarchizacji, potrzeby posiadania szefa, czy świętej zasady stawiania zysku na pierwszym miejscu. Otóż można inaczej, robotnicy-właściciele owych przedsiębiorstw na pierwszym miejscu stawiają wspólne dobro i wszystkie decyzje mają służyć wspólnemu dobrobytowi, a nie interesom prezesa i akcjonariuszy. Dochodzimy tu więc do tego co proponują anarchiści, o co walczą na przykład Inicjatywa Pracownicza czy Federacja Anarchistyczna. Nie potrzebujemy władzy oraz szefostwa , aby się rozwijać i wykonywać dobrze swoją pracę. Obecnego systemu nie da się regulować, należy go radykalnie zmienić i powrócić do źródeł, czyli dzielenia wartości oraz pomocy wzajemnej, które są siłą społeczeństwa.
Z filmu wyłania się zatem rewolucyjna (i zresztą prawdziwa) konkluzja. Kapitalizm to zło i należy go jak najszybciej wyeliminować. Jest zaprzeczeniem wszystkich prawdziwych wartości życia. Jego efektem w skali globalnej jest jedynie postępująca bieda, wyzysk oraz zniszczenie. Nie można go zmodyfikować, poprawić bądź pozbyć się kilku niedostatków, bo system ten jest zbudowany aby wyzyskiwać oraz niszczyć, jego zadaniem nie jest służenie ludziom, a dostarczanie dochodów wąskim grupom burżuazyjnych oszustów i zbrodniarzy. Rewolucja pozostaje więc nieunikniona, jest naturalnym następstwem ogromu krzywd wyrządzanych zwykłym ludziom (i zwierzętom) każdego dnia, nie tylko w Ameryce, ale i na całym świecie. Naszym zadaniem jest jednak to, aby rewolucja nie przerodziła się w kolejny okres przejściowy. Władza w ręce ludu.
Walka trwa!
Muzyka niezależna od wielu lat pełni przeróżne role, poczynając od inspirowania tematami poruszanymi w tekstach, a kończąc na otwartym promowaniu idei i nawoływaniu do działań. Często bywa też tak, że muzyka staje się wstępem do aktywizmu dla młodszych generacji. Niestety anarchia jest na stałe przypisana do muzyki punkowej i dla większości ludzi anarchia = punk. Nie wnikam tu w ocenę tej subkultury, do której osobiście mam raczej sceptyczny stosunek, niemniej warto podkreślić, iż coraz prężniejszym stylem propagującym samorządność/antykapitalizm jest hip hop. Rzecz jasna mowa tu o hip hopie zaangażowanym politycznie, a nie komercyjnym z paniami machającymi różnymi częściami ciała oraz groźnymi gangsta-masta.
Paradoksalnie styl ten jest nieco ignorowany w polskim ruchu i kojarzony raczej z tzw. blokersami, dlatego też na naszej scenie nie pojawił się jeszcze dobrze rozpoznawalny skład reprezentujący anarchizm tak jak to ma miejsce w innych krajach. We Francji mamy charyzmatyczną Keny Arkana, w Grecji niezawodny Javaspa, w Anglii Comrade Malone, a w Szwecji Looptroop. Co ważne zespoły te odgrywają istotną rolę na scenie muzyki aktywistycznej, często występując na demonstracjach i samemu angażując się w działania. Dla przykładu Keny Arkana powołała do życia organizację La Rage Du Peuple, działający w Marsylii od 2004 roku.
Hip hop jest specyficznym gatunkiem, niemniej jak to podkreśla Javaspa w swoich tekstach jest on muzyką zrodzoną w gettach i upolitycznioną od początku istnienia. Toteż styl ten w wydaniu anarchistycznym jest czymś naturalnym, doskonale pasującym do lirycznej walki z kapitalizmem czy globalizacją. Zawiera w sobie wszystko co kojarzy się ze współczesną myślą rewolucyjną. Tym wszystkim, którzy łączą anarchizm jedynie z punkiem, polecam serdecznie zapoznać się z wymienionymi wyżej kapelami. W mej skromnej ocenie sięgają głębiej aniżeli muzyka punkowa.
Nie można ukryć tego, że dla ogółu anarchizm wydaje się utopią, wymysłem idealistów, który nie może się ziścić. Opinie takie wynikają najczęściej z błędnego przekonania o tym, iż anarchiści postulują chaos i brak kontroli, nie zgadzając się na tworzenie organizacji czy stowarzyszeń, a jakby tego było mało to pokładają naiwnie wiarę w moralność człowieka. I czyż nie pachnie to utopią?
Oczywiście, że tak. Tyle że nie ma to nic wspólnego z anarchizmem. Są to mity, które powstały na przestrzeni lat z przeróżnych powodów. Aby być dokładnym, niestety niektóre środowiska lewicowe czy subkulturowe utwierdzały społeczeństwo w tych stereotypach. Niemniej aby skończyć z tymi zarzutami o utopijność należy sobie uzmysłowić kilka rzeczy, o których mówią anarchiści. Po pierwsze anarchizm nie jest lekiem antydepresyjnym, nie sprawi, że każdy człowiek na świecie będzie szczęśliwy i pozbawiony problemów egzystencjalnych. Po drugie anarchizm nie oznacza chaosu, a jedynie postuluje radykalną zmianę organizacji społeczeństwa, na taką która odda kontrolę oraz władzę w ręce ludzi. Podkreślam słowo kontrola. Bowiem owszem jest to wykonalne nie tylko w pismach Bakunina czy Kropotkina, ale również w praktyce. Przykłady z historii, które często wymieniam w poprzednich notkach wskazują na to, iż samorządne kooperatywy, związki czy stowarzyszenia istniały i nadal istnieją, wypracowując samodzielnie najlepsze formy zarządzania oraz autokontroli. Organizacja życia społecznego oraz gospodarczego nie musi się wcale opierać na przekazaniu władzy w ręce polityków, realizujących dzielnie interesy korporacji. Po trzecie – kwestia etyki. Otóż anarchizm nie wnika specjalnie w filozoficzną dysputę w to czy człowiek rodzi się zły czy dobry. Rzekłbym nawet, że w swoich założeniach jest rozsądniejszy aniżeli obecny ustrój, gdyż to właśnie w tzw. demokracji ludzie zawierzają w dobroć garstki wybrańców, którzy najczęściej odpowiadają sami przed sobą, a społeczeństwo nie posiada żadnej realnej kontroli nad ich poczynaniami. Nawet nie staram się tu wymieniać przykładów tego do czego potrafią doprowadzić rządzący, bo nie starczyłoby mi bloga na to by zliczyć same udowodnione zbrodnie. Kto tu jest więc utopijny? To co dla wielu kojarzone jest więc z młodzieńczym buntem w rzeczywistości jest konkretną doktryną, oferującą konkretne przemiany. Jest doktryną badaną i rozwijaną od wielu lat jest przez twórców i naukowców takich jak Proudhon, Bakunin, Kropotkin, Abramowski, Chomsky czy Black bądź Thonar.
Ważnym jest uświadomienie sobie, że obecny ład społeczny codziennie wyzyskuje i dyskryminuje rzesze ludzi, degeneruje ich, zmusza do niewolniczej pracy dzieci oraz kobiety, torturuje zwierzęta więzione w laboratoriach i niszczy wszystko to co naturalne. Jest więc naszym obowiązkiem stanąć wspólnie w obronie tych wykorzystywanych, bo wszyscy korzystamy z ich pracy czy istnienia. Jest naszym obowiązkiem walczyć o prawa człowieka, zwierząt i ratunek środowiska. Wszyscy bowiem korzystamy z ich krzywdy i cierpienia.
Polecam zapoznać się ze szczegółami – Anarchizm – z czym to się je? To nie utopia, ale rozwiązanie.
Filed under: aktywizm, anarchizm | Tagi: developer, developerzy, deweloper, poznań, rozbrat
Niektóre osoby, wchodzące na niezależne serwisy internetowe, mogą być nieco zdziwione faktem, iż wszędzie pojawia się informacja o demonstracji w obronie Rozbratu, która odbędzie się 20 marca w Poznaniu. Otóż nic w tym dziwnego, jest to bowiem miejsce szczególne na mapie Polski i jego istnienie nie jest bynajmniej kwestią stricte poznańską. Dla przypomnienia Rozbrat to skłot, działający w Poznaniu od 16 lat i jest to bodajże najprężniej działający ośrodek, niezależny od władzy, generujący sporą ilość inicjatyw społecznych.
Naturalnie, dla politykierów oraz developerów, skłot to kolejne miejsce, które trzeba sprzedać, na którym trzeba zarobić, eksmitować mieszkańców i postawić kolejne centrum handlowe, zamknięte osiedle dla yuppies czy Bakunin wie co jeszcze. Włodarzy Poznania i biznesmenów nie interesuje los ludzi tam mieszkających, nie interesuje ich też olbrzymi wpływ jakie ich działania wywierają na życie społeczne oraz rozwój kulturalny. Zresztą to nic nowego, przykłady z całego świata, udowadniają, że rządzący widzą miasta jako działki,a działki to pieniądze. A pieniądze są tym co kochają najbardziej. Lokalni “przedstawiciele społeczeństwa” nie odstępują więc od normy. To o czym jednak chyba nie wiedzą ani oni ani developerzy to to, że wiele ludzi patrzy na Rozbrat zupełnie inaczej niż oni. Widzą w nim oddolnie zarządzane miejsce, inspirujące ich do działań na rzecz samorządności, miejsce, które zajmuje wyjątkowe miejsce w ich sercach i które są skłonni bronić. Co istotne mowa tu nie tylko o Poznaniakach, ale także o ludziach z całej Polski, którzy będą solidarnie protestować przeciwko sprzedaniu skłotu. Ponadto w pomoc Rozbratowi angażują się też aktywiści z Niemiec czy Grecji. A to dopiero początek mobilizacji obronnej!
W kapitalizmie wmawia się nam pogląd, że każde miejsce musi na siebie zarabiać, że każde miejsce istnieje tylko po to, by generować zyski. A wartość miejsca to jego cena. Rozbrat pokazuje, że jest zupełnie odwrotnie. Nie liczy się to ile warta jest działka, ale to co znajduje się na tej działce, co jest tam tworzone i kto to tworzy. Liczą się ludzie, a nie pieniądze. Dlatego właśnie Rozbrat nie jest na sprzedaż i Rozbrat zostaje!
Filed under: anarchizm, antykapitalizm | Tagi: abramowski, anarchizm, kolektywizacja, kolektywizm, kooperatywa, samorządność, spółdzielczość, spółdzielnie
Wykorzystując słoneczną pogodę na tej deszczowej wyspie, przesiaduję godzinami nad morzem, czytając zbiory pism Edwarda Abramowskiego w książce Braterstwo, solidarność, współdziałanie. Jak wiadomo miłośnikom historii Abramowski był gorącym zwolennikiem spółdzielczości i społecznej kooperacji, przeciwnikiem kapitalizmu oraz wyzysku czynionego na robotnikach. Książka ta jest nie tylko ciekawa, ale przede wszystkim motywująca, gdyż większość spraw o których pisze Abramowski (początek XX wieku) jest nadal aktualna, a kooperatywizm ciągle pozostaje alternatywą dla obecnej, hierarchicznej organizacji społeczeństwa.
Idea spółdzielczości jest tak naprawdę bardzo prosta i możliwa (udowadniają to przykłady podane w książce). Oczywiście jest zagrożeniem dla władzy oraz kapitalistów, toteż ludzi od dziesiątek lat przekonuje się, że samoorganizacja jest niemożliwa i by mogli żyć w dobrobycie potrzebują premierów, bankierów, trzydziestoletnich kredytów i innych niewolniczych nakładek. Ale do czego tak naprawdę potrzebujemy polityków i szefów? Do pracy? Każdy z nas wykonuje swoją pracę sam lub współpracując z innymi pracownikami. Wiemy jak wykonywać swoją pracę. Szefowie przydają się tu tylko do tego, by wydawać nam polecenia i zabierać prawie całe zysk. Do kontroli? Brytyjska spółdzielnia z Rochdale, a współcześnie zakłady pracy (szczególnie Zanon) w Argentynie, Zapatyści w Meksyku, centra społeczne w Grecji dowodzą, że nie tylko nie potrzebujemy mieć nad sobą kata, który będzie nas inwigilował i terroryzował, ale sami potrafimy się zorganizować lepiej, sprawując jednocześnie bezpośrednią kontrolę nad tym co jest robione. Ludziom wmówiono, że aby się rozwijać potrzebujemy liderów, którzy będą za nas przeprowadzali reformy, którzy za nas będą decydować jaką religię powinniśmy wyznawać, którzy będą wiedzieć lepiej co się nam należy, a co nie. I naturalnie tylko zupełnym przypadkiem zdecydowana większość wszystkich zasobów, środków produkcji, ziem, pieniędzy należy do małych grup kapitalistów, korporacji lub rządu (w przypadku dyktatur państwowych). Czyli naszych “liderów”.
Kooperatywizm jest więc alternatywą dla wyzysku mas i dominacji bogaczy, skupionych jedynie na powiększaniu swoich wpływów i majątków każdym kosztem. Poprzez swoją specyficzną budowę zapewnia równość, stabilność i pomoc wzajemną. Nie jest bowiem nastawiony na zarobek, oparty na krzywdzie innych, a na rozwój i dobro wszystkich członków kooperatywy. Bowiem od dobra członków zależy dobro kooperatywy. Jednocześnie jest działaniem jawnym, podlegającym stałej kontroli członków spółdzielni. Nie ma tu immunitetów poselskich, nie ma tajemnicy bankowej, nie ma lichwiarskiego oprocentowania, nie ma drobnego druczku. Rzecz jasna budowa kooperatywy to olbrzymie wyzwanie dla danej grupy, gdyż wymaga przestawianie swojego toku myślenia z pasywnego na aktywne. Chcesz coś zmienić? Zrób to sam. Uważasz, że coś działa nie tak? Nie narzekaj, stwórz lepszą propozycję. Masz bowiem wpływ na to co się dzieje wokół ciebie. Nie jesteś numerkiem w urzędzie, o którym przypominają sobie elity, gdy przychodzą wybory.
Celem tej notki nie jest dokładne omówienie zagadnień kooperatywizmu, ale zwrócenie uwagi na fakt, iż alternatywne rozwiązania organizacji ekonomii czy szerzej lokalnych społeczeństw istnieją i są sprawdzone w praktyce. Nieprzypadkowo są marginalizowane przez główny dyskurs. W końcu korzystają na nich zwykli ludzie, a nie władza czy korporacje. Zwłaszcza, że oddolna samorządność to nie tylko finanse, ale także rozbudowa międzyludzkich kontaktów, szeroka współpraca zamiast rywalizacji, troska o innych, dbałość o przyrodę i etykę. To coś więcej niż tylko biznes. Dla tych, których temat zainteresował serdecznie polecam tę książkę, co by zapoznać się z praktycznymi poradami, z kłopotami logistycznymi i korzyściami samorządności.
Filed under: aktywizm, anarchizm, antykapitalizm | Tagi: anarchisci, anarchizm, antykapitalizm, grecja, grecy, kko, rewolta, rewolucja
Grecja to temat na topie wśród braci anarchistycznej na całym świecie. Jest to zrozumiałe, ruch rozrasta się tam coraz bardziej, protesty i samorządność przyciągają tysiące ludzi, zamieszki wybuchają w różnych punktach kraju, atakując symbole władzy i kapitalizmu, a jakby tego było mało to jeszcze okazało się, że rządzący ukrywali, iż gospodarka grecka jest w fatalnej kondycji. To jeszcze mocniej podburzyło i tak małe zaufanie do polityków wśród społeczeństwa. Ostatnim przejawem otwartej wojny przeciwko instytucji państwa są ataki bombowe przeprowadzone przez radykałów z Konspiracyjnych Komórek Ognia, które mają na swoim koncie zamachy na Bank Narodowy i Agencję Ubezpieczenia, Parlament i najprawdopodobniej Ministerstwo Prasy. Nie wnikając w dywagacje na temat słuszności tych ataków warto tu podkreślić, iż żaden z zamachów nie spowodował ofiar w ludziach.
Sytuacja jest zatem nieco podobna do tej z Niemiec za czasów intensywnej działalności RAFu, z tą różnicą, że teraz samorządne idee są bardziej wyraziste i potrzebne, a kryzys uzmysłowił wielu zwolennikom neoliberalnej polityki czym jest kapitalizm. Krótko mówiąc społeczeństwo greckie jest bardziej uświadomione i chętne do walki o swoją przyszłość. Wbrew komentarzom mediów komercyjnych, opór w Grecji nie jest wynikiem burd chuliganów czy pustym wandalizmem/terroryzmem i nic nie ucichło po tym jak młodzież wyszalała się podczas grudniowych zamieszek. Jest walką polityczną toczącą się na ulicach, na uniwersytetach, w więzieniach, w obozach imigrantów i w wielu innych placówkach. Jest sprzeciwem ludu, zmagającego się z biedą, represjami, wyzyskiem i ograniczaniem wolności. Rzecz jasna media mainstreamowe robią wszystko by przedstawić ten opór jako wybryki wandalów, nie wspominając o politycznym aspekcie wystąpień, nie wspominając o kooperatywach tworzonych w różnych punktach kraju, o setkach innych projektów, stawiających na demokratyzację wszelkich działań. Media nie zauważają nawet tego, że nie tylko anarchiści (a.k.a wstrętni terroryści) prowadzą działalność antykapitalistyczną, ale także różnej maści staliniści, marksiści i inni chcący przejąć władzę dla “dobra ludu”.
Reasumując, wydarzenia w Grecji są inspiracją dla wolnościowców z pozostałych krajów, którzy z nadzieją obserwują ich rozwój oraz wspierają rosnący opór społeczny. Naturalnie może być to kolejny krótki epizod w historii kapitalizmu, a walka anarchistów może spełznąć na niczym (co jest niestety prawdopodobne), jednak niezależnie od tego jak to się skończy, każda walka to doświadczenie i wiedza, którą zdobywają aktywiści, jak również lokalne i międzynarodowe społeczeństwa. Każda rewolta, nawet przegrana jest inspiracją lub lekcją dla innych. A jak pokazuje historia walka o wolność i sprawiedliwość nigdy nie ustaje.
update: po napisaniu notki przeprowadziłem wywiad z greckim anarchistą – polecam!